wtorek, 6 grudnia 2016

"Chemia Naszych Serc" - Krystal Sutherland


Henry Page sądzi, że kiedy pierwszy raz się zakocha, będzie to scena żywcem wyjęta z filmu romantycznego. Uważa, że będzie czuł motylki w brzuchu i to wydarzenie zmieni jego życie. Jednak kiedy do klasy wchodzi Grace Town, ubrana w męskie ciuchy i podtrzymująca się laską, nic takiego się nie dzieje. Kiedy nauczyciel proponuje im stanowisko redaktora naczelnego szkolnej gazetki Grace odmawia, ale ostatecznie decyduje się pomóc Henry'emu w prowadzeniu gazetki, tyle że na samym początku informuje go, że nie ma zamiaru napisać w niej ani słowa. Nastolatkowie powoli zaczynają się poznawać i spędzać ze sobą czas. Henry zdaje sobie sprawę, że Grace stała się dla niego kimś więcej niż tylko koleżanką ze szkoły. Jednak czy ona jest stanie odwzajemnić jego uczucia?

Po przeczytaniu  zaledwie kilkunastu stron książki w mojej głowie od razu zapaliła się lampka. Miałam wrażenie, że w powieści jest coś dziwnie znajomego i nie musiałam się długo zastanawiać, żeby zorientować się, że książka pani Sutherland okropnie przypomina mi twórczość Johna Greena. Miałam wrażenie, że autorka "wzięła" sobie główną bohaterkę z Szukając Alaski, bohatera z Papierowych Miast, dorzuciła do tego trochę metafor o wszechświecie i złotych myśli o zapomnieniu żywcem wyjętych z Gwiazd Naszych Wina i tak oto powstała Chemia Naszych Serc.

Chyba najwięcej mam do powiedzenia na temat całej relacji łączącej naszych głównych bohaterów. Przyznam szczerze, że cały ten "związek" Grace i Henry'ego nie do końca do mnie przemówił. Wiem, że to miała być młodzieżówka opowiadająca o tym, jak trudna czasem jest pierwsza miłość, szczególnie w nastoletnim wieku i tak dalej, ale z każdą kolejną stroną odnosiłam coraz większe wrażenie, że relacja, która łączyła Grace i Henry'ego była toksyczna. W życiu dziewczyny zdarzył się wypadek, który wpłynął na nią do tego stopnia, że przeniosła się do innej szkoły i zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Przed tym wydarzeniem była uśmiechniętą nastolatką chodzącą w sukienkach, natomiast potem zaczęła nosić męskie ubrania i przestała pisać, co wcześniej robiła ze świetnym skutkiem. Przez całą książkę bardzo widoczny był "podział" na Grace sprzed wypadku i Grace po wypadku. Odniosłam wrażenie, że ona sama do końca nie wiedziała kim jest. Henry się w niej zakochał, ale ona była przekonana, że zakochał się w idei dziewczyny, którą już nie jest. On sam też nie wiedział kim jest obiekt jego westchnień. Przed cały czas nie mogłam się pozbyć przeczucia, że Grace dobrze wiedziała jak bardzo Henry jest w niej zakochany i w pewnym sensie wykorzystywała to kiedy miała ochotę, a później nagle stwierdziła, że powinni zwolnić. Nigdy nie powiedziała mu, że chce, aby byli parą, nie określiła się w stosunku do niego. Przez jej zachowanie nie byłam w stanie jej polubić, chociaż bardzo starałam się ją zrozumieć. Domyślam się, że zamysł autorki był inny i nie chodziło o to, aby czytelnicy odbierali tę relację w ten sposób, ale ja przez ostatnie sto stron książki nie byłam w stanie pozbyć się wrażenia, że ten związek, o ile można go tak nazwać jest po prostu toksyczny.

Powieść jest dosyć zabawna, chociaż momentami zastanawiałam się na czym konkretnie polega poczucie humoru autorki, bo niektóre sytuacje, zamiast wzbudzać mój śmiech wydały mi się po prostu absurdalne i przerysowane. Być może tylko ja to tak odbieram, ale czasem naprawdę nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać. Wiem, że cała ta historia miała być właśnie taka - specyficzna i zapadająca w pamięć jako wyjątkowa i inna, ale przez to po raz kolejny w głowie pojawił mi się pan Zielony i nie mogłam się pozbyć wrażenia, że autorka bardzo się nim inspirowała.

Książka została napisana z perspektywy Henry'ego, dzięki czemu jest on dla czytelnika otwartą księgą. Polubiłam tę postać, może dlatego, że miałam okazję tak dobrze ją poznać. Dużym plusem są też bohaterowie drugoplanowi, którzy zostali bardzo dobrze wykreowani. Chodzi mi głównie o przyjaciół Henry'ego, jego rodziców i osoby z otoczenia. Cieszę się, że autorka im także poświęciła trochę uwagi, bo dzięki temu, że są tak wyraziści bardzo ich polubiłam. Lola i Muz - przyjaciele Henry'ego, którzy byli zdecydowanie jedną z największych zalet powieści, jego siostra, Sadie, znajomi ze szkoły, to wszystko sprawiło, że cała powieść, mimo tych wszystkich absurdalnych sytuacji, stała się bardziej realna. 

Nie mówię, że Chemia Naszych Serc to zła powieść, ale być może wystawiłabym jej wyższą ocenę, gdyby nie te skojarzenia z Johnem Greenem, których nie mogłam się pozbyć podczas czytania. Jest to po prostu kolejna młodzieżówka, o której pewnie niedługo zapomnę. Sięgnęłam po tę książkę w ciemno, więc nie mogę powiedzieć, że się rozczarowałam, ale też nie mówię, że jakoś pozytywnie mnie zaskoczyła. Jeśli ktoś ma ochotę na trochę "greenowską" powieść młodzieżową o pierwszej miłości, to czemu nie.



Za egzemplarz książki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat.

Wydawnictwo Dolnośląskie, 290 stron

★★★☆☆☆

17 komentarzy:

  1. Bardzo chcę mieć tą książkę i liczę na to, że szybko mi się to uda :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak w Greenie się swego czasu zaczytywałam, tak chyba nie chciałabym teraz czytać takich odgrzewanych po nim kotletów. ;/ A szkoda, bo potencjał chyba w tej historii był. ;/

    OdpowiedzUsuń
  3. No cóż, książka może dobra na jakieś rozluźnienie, ale nie wiem, czy jestem nią szczególnie zainteresowana. Może właśnie dlatego, że jest wiele podobnych książek tego typu. Ale kto wie, może kiedyś po nią sięgnę.
    Pozdrawiam i zapraszam do siebie,
    BOOK MOORNING

    OdpowiedzUsuń
  4. Motyw pierwszej miłości jakoś do mnie nie przemawia, a młodzieżówki jeśli w ogóle, czytam od święta. W związku z tym raczej nie zdecyduję się na lekturę "Chemii naszych serc".
    Pozdrawiam serdecznie- strefawyobrazni.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Czy to ta książka z rybą?

    OdpowiedzUsuń
  6. Nigdy nie słyszałam o tej książce, ale zaciekawiła mnie. Bardzo lubię książki Greena...są lekkie w czytaniu i można się przy nich zrelaksować, więc czemu nie? :)

    Obserwuję i zapraszam na konkurs!
    http://miedzypolkami-ksiazki.blogspot.com/2016/12/zimowy-konkurs.html

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo chcę przeczytać tę książkę. Lubię młodzieżówki, więc myślę, że i ta mi się spodoba.

    OdpowiedzUsuń
  8. jeśli ty to kojarzysz z Greenem, ja na pewno omijam to z daleka :P

    OdpowiedzUsuń
  9. Czasami sięgam po młodzieżówki, ale lubię kiedy wzbudzają we mnie konkretne emocje. Tak abym zapamietała tą książkę ba bardzo, bardzo długo. Tutaj mam wrażenie, że tego nie znajdę dlatego póki co odpuszczam.
    Pozdrawiam,
    Zaczytana Wiedźma
    ZaczytanaWiedźma.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  10. Sam opis już do mnie nie przemawia, a skoro dość dużo elementów wydaje się być ściągniętych z innych powieści, chyba raczej nie sięgnę po Chemię naszych serc :/

    Books by Geek Girl

    OdpowiedzUsuń
  11. Pomimo wieku sięgam po młodzieżówki, jednak ta niespecjalnie przemawia do mnie swoją fabułą, a jeszcze po Twojej recenzji utwierdzam się w przekonaniu, że szkoda czasu.

    OdpowiedzUsuń
  12. Rzeczywiście te poczucie humoru w książek może być irytujące.
    Została napisana z perspektywy Henry'ego? Echh, mam dość powieści w pierwszoosobowej narracji.
    Nie lubisz krytyki, nie? Ale jednak muszę to powiedzieć. Czcionka jest strasznie mała, co utrudnia czytanie. Nie ma szans na zwiększenie jej? Innym również lepiej by się czytało ;p
    Pozdrawiam!
    http://magia-ksiazek-recenzje.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiększę czcionkę jak tylko będę miała dostęp do komputera. Dzięki za zwrócenie uwagi ;)

      Usuń
  13. Nie czytałam Greena więc nie wiem o czym to jest, ale co do tej ksiązki omawianej w recenzji... hm, jakoś zawsze wolałam dojrzałych bohaterów ksiązek, mających pracę i odpowiedzialność.
    Życie nastolatków jest juz tak przerysowane w filmach, że w książkach by nie chcialo mi sie o nim czytać.

    http://podrugiejstronieokladki6.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  14. Opis związku głównych bohaterów niezbyt mnie zachęca. No i porównanie do książek Greena też nie wyzwala we mnie pozytywnych reakcji. Hmm... chyba jestem za stara na takie książki. Raczej nie dla mnie...
    Pozdrawiam cieplutko!
    houseofreaders.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  15. Bardzo podoba mi się okładka tej ksiązki :)
    Ogromny plus za narrację pierwszoosobową, ale z perspektywy chłopaka!
    Ogólnie jednak ksiązka nie dla mnie, nie bawią mnie młodzieżowe romanse, ani żadne xD
    Kasia z Kasi recenzje książek :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Czytałam o niej niezbyt pochlebną recenzję. Sama mam ją na półce z biblioteki, ale mam nadzieję, że spodoba mi się bardzo. A to, że łączy elementy z powieści Greena, to się niezbyt cieszę, chociaż z drugiej strony Papierowe miasta i GNW tylko czytałam... Licze na to, że mi się spodoba. ;)

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz :)

Copyright © 2016 Litery na papierze , Blogger